30.11.22

Miriam czarnowłosa...

Miriam czarnowłosa
kim byś była
gdybyś dzisiaj w Izraelu żyła?

Czy wśród piasku pustynnego żaru
z bronią w ręku strzegłabyś granicy,
aby mogli młodzi osadnicy
plony zbierać wśród suszy i skwaru?

A wieczorem po pracy skończonej,
wsłuchiwałabyś się w Jahwe głos,
aby spełnił się twój - Mario - los,
los na Matkę Boga przeznaczonej.

Kim byś była gdybyś u na żyła?
Czy z Żydówki piętnem byś chodziła?
Czy Syn Twój, z gwiazdą Dawidową,
drwin by słuchał z pochylona głową?

Po co żyjesz tu, żydowskie śmiecie?
Trzeba było zostać w Nazarecie!
My tu mamy Maryję blondynkę,
słodką, swojską, słowiańską dziewczynkę

My do Jej się szaty przytulimy,
a Żydówek sobie nie życzymy.

My tu wiemy jak ma być. Dokładnie.
Żeby było i swojsko i ładnie.
Łąki kwitną i szemrzą ruczaje...
Niepotrzebne są nam obce kraje.
Niepotrzebne i gwoździe i ciernie.

My żyjemy pobożnie i wiernie.
Dobry człowiek innością się brzydzi.
Maria, Chrystus? Toż to byli Żydzi!

1998


Rajcowały w Nazaret kobiety przy studni...

Rajcowały w Nazaret kobiety przy studni:
Patrzcie , Miriam, ta Anny córunia,
niby świętą odgrywa w świątyni,
a brzuch rośnie...
A wiadomo czyje
dziecko, które - samotna - urodzi?

Miriam, Mario - z potomków Dawida -
na kolanach w świątyni prosiłaś:

Jahwe, oddal ode mnie złość ludzi,
daj mi siły, żeby znosić plotki.
Jahwe - wielki i mocny - wybrałeś
mnie, niegodną.
Dlaczego? Dlaczego?
Jahwe - taka była twoja wola.
Chylę czoło i - z bólem - przyjmuję.

Dawidowy ród jest solidarny.
Natchnął Jahwe Józefa, stolarza:
Zaopiekuj się młodą kuzynką.
Jeśli sama zostanie na świecie,
to zabiją ją ludzkie języki
kiedy rodzić będzie mego Syna.

Miriam zdała się na Jahwe wolę.
Dojrzewała - jak jabłko granatu,
Jak figowca soczyste owoce,
Jak daktyle, na palmie wysoko.

Urodziła - wychowała- oddała
Tobie, Jahwe, Syna Człowieczego.
Wycierpiała się tam, w swoim kraju,
wypłakała się wraz ze swoimi,
potomkami Dawida, rodziną.

Cóżeś winna, że świat wciąż opluwa
ziomków Twoich, krew z krwi, ciało z ciała...
Miriam, dziewczę z żydowskiej mieściny,
Mario, Matko braci Twego Syna!

1998


Plotki

Kumy drogie, czy wy wiecie,
że tam u nich, w Nazarecie,
tam, w tej zagubionej mieścinie
(palestyńskim Kłaju, czy też Garwolinie)
Anioł Boży miał ukazać się dziewczynie?!

Bzdury kumo! Przede wszystkim sprawdzić trzeba
wiarygodność tego wysłannika Nieba.
Zawiadomić trzeba by Faryzeuszy,
niechaj Rada przy Świątyni głową ruszy,
a następnie wziąć na spytki Miriam małą,
czy się aby jej nie przywidziało!

Toć wiadomo, znają Miriam jej sąsiedzi.
Nastolatka - a w Świątyni ciągle siedzi!
Darmo garną do niej się kawalerowie!
Chyba ma nie po kolei w głowie!

A ta Anna, jej mamusia, w zeszły piątek
wysprzątała przed szabasem każdy kątek,
a czy sprawdził już kto kiedy, czy w soboty
nie zabiera się - wbrew Prawu - do roboty?

My to co innego. Prawo z nami.
Jahwe trzyma z porządnymi kobietami.

1998

Elegia na Górę Kalwarię

Nie powstanie z morza Atlantyda,
Nie powróci prawdziwe i bujne,
A modlitwy, choć w szabas szeptane,
Sypać będą się jak popiół z ksiąg.

Nie ma tamtej Góry, dawnej Góry,
Pozostała codzienna i znojna.
Bez mądrości cadyka, bez płomieni świec...
Nie ożyje martwa Atlantyda.

Sercem wczuwam się w świat, który zginął...
Uliczkami chdzę, podwórkami...

Miriam! Mario! Żydowska dziewczyno!
Módl się za Nimi! Módl sie za nami!

1997

27.11.22

Do ...

Co się z Wami stało?
- Jacku wierny aż do zatracenia,
- Janku o promiennym uśmiechu,
- Brunonie, zapobiegliwy jak Marta,
- Stanisławie, boży gospodarzu,
- Stefanie rozśpiewany, wesoły.

Czy nie zatraciliście się na giełdzie zasług,
wtórnym rynku łask,
monopolu na Chrystusa?

Jakże mam się więc odnaleźć w świecie?

1997

Jaka ty byłaś...

Jaka ty byłaś, ma ziemio
Kiedy dobrzyńskie piaski
Porzucił – idąc ku tobie
mój przodek dawny – Świeżawski?

Czy byłaś mu matką życzliwą?
Dawałaś mu żywot spokojny?
A on – czy z odwagą prawdziwą
Bronił Cię czasu wojny?

Gdy ślub brał w bełskim kościele,
Gdy żył wśród Rusinów – braci,
Czy myślał, że za lat wiele
Braterstwo w krwi się zatraci?

Po wiekach ja – moja ziemio
wlałam w uczucia do Ciebie
zachwyt i wierność w miłości
do łąk, do chmur na niebie.

Z tęsknotą moją współbrzmiewa
Piosenka sercu miła,
W pamięci tęsknie śpiewa
„U susida chata biła”.

W warstwy historii się zlewa
Język – w jedności dwojaki
My – liście jednego drzewa,
Jednego gniazda ptaki

Czy przeczuł mój przodek daleki,
Gdy od Wisły nad Bug wędrował,
Że zginie to, co przez wieki
Na ziemi tej współbudował?

Że spłynie krwią i boleścią
Historii ścieżka zawiła?
Spłyń ziemio ma, znowu pieśnią
„U susida żinka myła”.

1995


Motto

Mówi się, że w życiu należy
- urodzić syna
- posadzić drzewo
- wybudować dom.

Polsce, ukochanej, mimo wszystko, w której
- synowie giną
- drzewa wycina wróg
- domy zabierają obcy ludzie.

1993

Coś się złamało we mnie...

Coś się złamało we mnie,
nie umiem
bywać w kościele.
Zatykam uszy
kiedy ksiądz w tłumie
mówi słów wiele.

Kiedy odrzuca wrogą lewicę
by nie rządziła.
Kiedy popiera dobrą prawicę
by zwyciężyła.
Kiedy potępia matki grzeszące
nienarodzonych...
A Chrystus przecież kochał błądzące
i zagubionych!

Nie umiem chodzić już do kościoła
w niedzielne ranki.
W domu się modlę, na ogród patrzę
zza fałd firanki.
Dziękuję Bogu za drzewa, kwiaty.
Dziękuję Bogu za pszczoły. ptaki.
Dziękuję Bogu za słońce, deszcze.

I proszę Ojca, żeby poczekał
i nie potępiał mnie jeszcze.

1994

26.11.22

Dziękuję Ci, Boże

Boże, za życia przeżyte
nie tam, gdzie serce czuje
za lata pełne tęsknoty
Mimo wszystko, dziękuję.

Za oczy, które widzą
jak latem faluje zboże,
za uszy, które słyszą
szum Bugu...

Dzięki Ci, Boże

Za stare dwie jabłonki,
które na polu stoją;
za przestrzenie dzieciństwa,
za wierną ziemię moją.

Zanim mnie, Panie, zabierzesz
tam, skąd mnie tu zesłałeś
pragnę Ci podziękować
za wszystko, co mi dałeś.

1992

Słowa, słowa...

Słowa, słowa gołębioskrzydłe,
Rozszumiałe, drżące, wiosenne.
czy zdołacie wyrazić usta?
Czy zdołacie wyrazić źrenice?

Słowa, słowa rozśpiewane, taneczne.
Brzóz listkami, pędem wiatru, czernią chmury.
Cóż mi po was, cóż mi po was, gdy na drodze
ptasie pióra w tęczowych kałużach.

Cóż mi po was, kiedy ręce drżące
darmo pragną schwytać przemijanie,
słowa puste, złowróżbne, wrogie,
słowa biedne, niezdarne, kłamliwe.

1986

Owiło mię niebo...

Owiło mię niebo aż do nieboskłonu,
oszumiały mi się wiatry deszczową ulewą,
ozieleniły liście, okwieciły kwiaty,
jak wykrzyknik raniło samotne, ciemne drzewo.

Dlaczego do mnie wracasz niespokojnymi słowy,
wdzierasz się w sen zimowy, zastygły przed laty?
Przy mokrej czerni drogi, przez uśmiechy wiosek
przypominasz, że tęcza, że chmury, że kwiaty.

1986

Więc Polska...

Więc Polska ... zielenią pól,
piachem mazurskich traktów,
fałdzistością moren,
bielą dalekich chmur.

Jak za dziadów, których
„kości bielejące”,
Jak za matek, których
„łzy gorące”.

Więc „ojców grób”
Więc „w łeb lub w serce”
Lecz najpierw
„serca, myśli, czyny”.

Więc Polska… miłość i ból
Polska – pomimo paktów
Od pokoleń – dla pokoleń
i od morza do gór.

1980

Wiatr rozawichrzył włosy...

Wiatr rozwichrzył włosy
Poobrywał liście
Strącił krople rosy...
No tak, oczywiście...

Jest mi bardzo jesiennie,
trochę rzewnie, troszeczkę
pisze i potajemnie
składam me rymy w teczkę.

Tęsknię trochę do Niego,
melancholia i jesień...
Patrzę jak wiatr na klombach
liście układa w deseń.

Trzeba będzie pomyśleć
o zimowych wieczorach,
o strucli, o choince...
Szara, jesienna poro!

Ach, gdyby można znowu
"Jak to drzewiej bywało"
rozleniwić się nieco, ułożyć się pomału
i mrucząc, mrużąc ślepia
jak Kubusie Puchatki,
przedrzemać całą zimę
w zaciszu własnej chatki.

1961


25.11.22

Na małych grządkach...

Na małych grządkach własne hodować truskawki,
białe malwy na cienkich umacniać patykach,
konewką wodę nosić z nagrzanej sadzawki,
troszczyć się o dom - myśleć o grabiach, motykach.

I czy króliki zjadły już kiść liści młodych,
które dostały rano. Czy kury dziś zniosły?
Czy kwitnie już lwia paszcza? Czy ma dosyć wody?
Czy buraczki po deszczu wczorajszym urosły?

Za kilka dni porzeczki w barwy się ubiorą,
żółte, czerwone. Dobrze, że urodzaj spory!
Trzeba by konfitury robić. Dzieci zbiorą
porzeczki do koszyków w lipcowe wieczory.

A potem trzeba będzie różom płatki ścinać,
różany deszcz uwięzić w misach polewanych.
Niedojrzałe orzechy na pół poprzecinać
i na likier nastawić na balkonie dzbany.

1955

Do Matki

Kiedy znów w Polsce wiosnę zobaczymy,
wtedy, Mamusiu, nowa będzie wiosna.
Złotem kaczeńców, fiołkami radosna.
Ta, której chcemy i w sercu nosimy.

Dzwony zadzwonią tam na Zmartwychwstanie
i ksiądz świąteczne pokropi kołacze.
Radosnym echem Ojczyzny wołanie
uderzy w serca i dusze tułacze.

Z chaosu wspomnień tych lat, co za nami,
na złotą nitkę nawleczemy razem.
Te, co radości darzą promieniami,
co szczęścia, słońca i wiosny obrazem.

A te, co bolą, niechaj pozostaną
w najgłębszym serca naszego zakątku.
W Polsce, Mamusiu, w Wielkanocne rano,
znajdziemy życie w jego nowym wątku.


1955

24.11.22

Tyciutki skrawek ziemi...


Tyciutki skrawek ziemi,
że ledwie widać z rana,
gdy budzi się w nim malwa
po nocy ciepłej, letniej.

Ogródek mój maleńki
słońcem śliwa skąpana,
porzeczki dojrzewają,
rząd róż się ścieli kwietny.

Tyciutki skrawek ziemi
lecz dosyć, by o wschodzie
słońce muskało z lekka
groszków pachnące kiście.

Ogródek mój maleńki
szepce mi o ogrodzie,
w którym też stały śliwy
i groszków drżały liście.

1955

Hej, zawołam na chmury...

Hej, zawołam na chmury i zawołam na burze,
w huku gromów Twe imię tysiąckroć powtórzę,
Zaprowadzę Cię, chłopcze, w rześki ranek wrześniowy
do ogrodów, gdzie plony będą wieńczyć nam głowy.
I w ramiona Twe złożę wszystkie sadów klejnoty:
granat śliwek, rubin jabłek, innych gruszek blask złoty.

Zaprowadzę Cię, chłopcze, hen na łąki soczyste,
na tych łąkach są kwiaty, kwiaty barwne, ogniste.
Zaprowadzę Cię, chłopcze, hen na skały, na granie,
tam usłyszysz szum jodeł, wichru jęki i granie.
Zaprowadzę Cię, chłopcze, nad zielone, nad morze
i złociste bursztyny na Twej dłoni położę.

Nie chcę za niczego, prócz uśmiechu Twojego.
Twoich oczu błękitnych, Twego wzroku szczerego.
I rak Twoich pieszczoty, Twego ciepła i głosu
i Twych ust pocałunków i pszenicznych Twych włosów.

1955

Do I.O.

Listy pisane do Ciebie
nie będą nigdy wysłane
lecz na pomiętych karteczkach
wcisną się w kącik szuflady.

Choć może? Fale jakoweś
rządzące sercem i duszą
poniosą je aż do Ciebie?
Te szepty myśli najszczerszych.

A wtedy w myślach uściśniesz
mą rękę i zaprowadzisz
mię do ogrodów przepysznych,
gdzie wiosna narcyzy sadzi.

Siądziemy (wciąż w myślach) na długo
pod bzem kwitnącym liliowo,
a słońce przepłynie strugą
nad Twoją i moją głową.

Oświetli Twe włosy płowe,
ozłoci Twe oczy siwe
(wciąż w myślach) słońce majowe
przez chmurek majowych grzywę.

A na podwieczerz, mój miły
powrócę - ach nie ma rady!
do listów pomiętych w kącie
czarnej mogilnej szuflady.

Powrócę i znowu sama
zacznę pisać Ci w maju.
Powiedz dlaczego, gdy w myślach,
Godziny tak szybko mijają?

1955




Na wiosennego nieba jasnym stropie...

Na wiosennego nieba jasnym stropie
razem z chmurami podążam do Ciebie.
Po dżdżów kwietniowych życiodajnym tropie
idę myślami o miodzie i chlebie.

Poszumem liści z zadumy w zadumę,
z żałości w żałość i z pieśni do pieśni,
dążę do Ciebie - jak przodkowie wcześni,
gdy im tęsknota darła serca strunę.

Ich pęd na zachód pchał, gdzie nowe łowy
i zboża złote i miodne pasieki,
a mnie wschód wabi, swojski lecz daleki
i życiodajny, jak deszcze majowe.

Lata wygnania ciążą mi jak wieki...
Lecz kiedy Polsko, Twój przekroczę próg
Ujrzę krąg nieba daleki, daleki...
Jak bliski ludziom ww owym niebie Bóg.


1955

Chciałam napisać wiersz...

Chciałam napisać wiersz o jesieni...
że wicher, liście jak rdza na wodzie,
że uschły kwiaty, trawy w ogrodzie,
no i że nastrój jakiś odmienny,
melancholijny, smutny, jesienny.

Chciałam to wszystko opisać ładnie
i wzruszająco, żywo, dokładnie.
Ale cóż zrobić, człowiek się zmienia
i choć się myśli cisną do głowy
trudno wynaleźć rym jakiś nowy.

Słowa na nic nanizać się nie chcą.
Wciąż w krąg się kręcą, na miejscu drepcą.
A jesień? Jesień na wiersz nie czeka,
co raz zimniejsza, smutna ucieka.

1954

23.11.22

Rozkołysane duniem jesiennym...

Rozkołysane duniem jesiennym
szumią gałęzie i złoto sieją.
Pójdziemy lasem czerwonościennym,
gdy nas wrześniowe wichry owieją.

Jesienne wichry owieją twarze
uziębią członki, oświeżą głowy.
Przyjaźń i uśmiech przyniosą w darze,
tajemną miłość nocy wrześniowych.

1954

Złoty płaszcz jesiennych liści...

Złoty płaszcz jesiennych liści
spadł dziś na ścieżki ogrodu.
Jesienne liście są światłem,
którym się grzałam za młodu.

Czystości myśli i ducha
jest jesień cichym wyrazem.
Jest dokończeniem roku,
radością i bólem zarazem.

Jesienne liście płyną,
szeleszczą pod stopami,
mieszczą się z rzecznym żwirem,
ze ścierniskami, grzybami.

Liście jesienne są światłem,
co mi świeciło za młodu.
Złoty płaszcz światła owego
spadł dziś na ścieżki ogrodu.

1953

22.11.22

W jasny śmiech lata...

W jasny śmiech lata Ciebie ubiorę,
w jesienny szept złocisty,
i nazwę Ciebie w wiosenną porę
mianem swoistym i bliskim.

Latem mi będziesz tą chichą rzeką,
co płynie pasmem szczodrym,
jesienią - wichrem, a zimą - mrozem,
wiosną - tym niebem modrym.

Rankiem mi będziesz tą świeżą rosą,
co się na kwiatach kładzie,
w południe - ostrą, brzęczącą kosą
lub cieniem gruszy w sadzie.

A gdy wieczorem w myśl moją wkroczysz,
będziesz mi ową ciszą,
co nieruchoma zamyka oczy,
którą nie wszyscy słyszą.

Będziesz oparem, który błękitnie
spływa po ścianach boru,
maciejką, która w ukryciu kwitnie
lub białą brzozy korą.

1952

Ach, co się dzieje...

Ach, co się dzieje! Co tu się dzieje!
Wierzyć się prawie nie chce...
Żabki wiatr łobuz (ten co się śmieje)
w białe gardziołka łechce.

Krztusi się śmiechem promyk ogienek,
w gąszcz cierpkich ożyn wpływa.
W takt kołysania pszczelich piosenek
sad biało pnie się, kiwa.

Mięsistych gruszek do skrzynki zbiorę
i do piwnicy zniosę. Potem do dzbana, w porę - nie w porę,
czerpać będziemy rosę.

Potem południa upał nas znuży,
w wiewnej siądziemy sieni.
Oby dziś nie było burzy.
Sad gnie się ku jesieni...

1951

20.11.22

Czemu nie umiem...


Czemu nie umiem pisać Ci wierszy
barwnych jak piórka pawie
lub jaśniejących złotem weselszym
niźli kaczeńce w trawie?

Ni nie wiem, jakby w słowa wybrane
wlać ciche śpiewy duszy,
ni jak całować usta kochane
w miłości mojej głuszy.

Naucz mię, piosnko, westchnień zaklętych
w twe rymy srebrno-złote,
utul mię, słowo, wierszem poczęte,

zetrzyj z mych warg tęsknotę.
1951

Choć gródkę ziemi...

Choć gródkę ziemi trzeba mieć
Na której można głowę złożyć
I w którą można głowę włożyć
Którą siać można by i żąć

I lipę, co nocami szepce,
Bociana, co klekoce z nieba
I więcej Polak nic już nie chce.
Innych już bogactw mu nie trzeba.

A gdyby dodać szmaragd łąk.
Parę skulonych wierzb nad wodą,
Kalinę, jarzębinę młodą
I pszczelich uli miodny krąg.

I konia co przez las poniesie.
I psa, co wiernie w domu czeka,
I wszystkich grzybów mnogość w lesie
To nie masz szczęśliwszego człeka.

1951

19.11.22

Maj już zaczyna...

Maj już zaczyna budzić swym tchnieniem
bzy w Twych ogrodach.
I już się tataraki zielenią
na Twoich wodach.

Śpiewiem wiosennym, ziarnem obfitym
nabrzmiała rola.
Pachną pszenicą, pachną już żytem
Twe czarne pola.

Gnana tęsknotą przez świat szeroki
biegnę do Ciebie,
by ujrzeć Twoje, Polsko, obłoki
na polskim niebie.

1950

17.11.22

Nie wróci czas...

Nie wróci czas,
nie wróci już
gdy szumiał las
w poświacie zórz.

A był on w Tobie, we mnie, w nas.

Nie wróci już
słoneczny czas
gdy zapach róż
owiewał nas.
Nie wróci już
swoboda dni,
gdy śpiewa ptak,
gdy rosa lśni,
gdy kwitnie sad
i kwiatów krąg,
gdy rechot żab
wypływa z łąk.

Nie wróci czas dziecinnych snów
Co żyły w nas...
Nie wróci już...
Ten jasny czas, słoneczny czas,
złocony blaskiem zórz.

1949